Szukaj na tym blogu

czwartek, 18 sierpnia 2016

Ja sama!

Nie wiem, czy stanowię wyjątek, ale jako dziecko zawsze chciałam wszystko robić bez niczyjej pomocy. Szczerze powiedziawszy, trochę mi tak zostało do dzisiaj. Tylko że w niektórych przypadkach, takich jak tramwaje wysokopodłogowe, nie zawsze mogę wykazać taką postawę. Do niedawna strasznie mnie to frustrowało. Widocznie chciałam być za bardzo wyemancypowana w niektórych kwestiach. Jakiś czas temu dotarło do mnie, że ja przecież nie muszę dawać ze wszystkim rady. A nawet jeśli mam do zrobienia coś, co nie sprawia mi trudności, czasem daję ludziom oferującym pomoc szansę wykazania się. Ma to jeszcze jeden plus: można poznać całkiem fajne osoby (kilka razy już mi się to zdarzyło). Na dodatek ćwiczy się pokorę i umiejętność proszenia o pomoc (co na początku jest najtrudniejsze). A więc emancypacja – tak, ale zdrowa i w odpowiednich ilościach :)


czwartek, 11 sierpnia 2016

Naleśnik

Jedna z moich największych miłości. Ostatnio widziałam filmik – instrukcję, jak pocieszyć smutną osobę. Należy ją w pierwszej kolejności zawinąć szczelnie w kocyk i w ten sposób nadać jej kształt naleśnika. Ja tam w słabych chwilach wolę naleśniki jeść, aniżeli przypominać. A to dlatego, że naleśnik ma najczęściej nadzienie, w związku z czym jest zwinięty. Jeśli trzymać się analogii do człowieka, będąc jak naleśnik, szczelnie zakrywa on swoje wnętrze, aby nic nie wydostało się na zewnątrz. Wtedy może on albo eksplodować i zalać sobą, albo skurczyć się do najmniejszych rozmiarów. W obydwóch przypadkach nikt nie zachwyci się wspaniałym wnętrzem. Dlatego nie upodabniajmy się do naleśników, po prostu je jedzmy.


czwartek, 4 sierpnia 2016

Nu pogodi

Pamiętacie bajkę Wilk i Zając"? Na końcu każdego odcinka Wilk krzyczał: Zając, ja ci jeszcze pokażę!” Jak wiemy, nie pokazał do tej pory. I szczerze wątpię, żeby kiedykolwiek mu się to udało. Dlaczego? Powód jest prosty: zrobienie czegoś tylko dlatego, żeby komuś coś udowodnić (co ma nieraz formę małej zemsty, tak jak w bajce) mija się z celem i najczęściej spala na panewce. Miałam (i mam) mnóstwo sytuacji, w których słyszę komunikaty w stylu to nie dla Ciebie” (w domyśle oczywiście najczęściej chodzi o niepełnosprawność). I wtedy sobie myślę Ale że co przepraszam? Że ja nie dam rady? Uda mi się. Zobaczysz”. No I co? Przysłowiowy guzik. W dodatku z pętelką. Udowadnianie jest najgorszą z motywacji do robienia czegokolwiek. Mało kiedy takie działanie zakończone jest sukcesem, a najczęściej prowadzi do jeszcze większych frustracji. Jeśli z Twojej aktywności nie wynika nic dobrego dla Ciebie, ani tym bardziej dla kogoś innego, zostaw “nu pogodi” Wilkowi – może jednak kiedyś mu się uda...

czwartek, 28 lipca 2016

Kamień pełen mądrości

Jak myślicie, o jakim kamieniu mowa? Nie, nie chodzi o kamień filozoficzny. Ani też o żaden inny. Tak naprawdę nie chodzi nawet o rzecz, tylko o osobę. Konkretnie rzecz biorąc, o Edytę Stein (Stein w języku niemieckim oznacza kamień). Nie spodziewałam się, że ją spotkam. Decydując się na doktorat o kobiecości i niepełnosprawności odkryłam, że literatura przedmiotu opiera się w zasadzie wyłącznie o gender studies. Jak już każdy zdążył pewnie zauważyć, z tą teorią nie do końca mi po drodze. Nie chcę tutaj rozwodzić się nad jej słusznością. Po prostu jej nie kupuję. No i właśnie dlatego zaczęłam szukać alternatyw. W ten sposób dotarłam do Edyty Stein. Kto chciałby zapoznać się z ponadczasowym spojrzeniem na kobiecość i nie boi się filozoficznego (ale nie do przesady) języka, odsyłam do jej książek. Ale moja sympatia do tej postaci uwarunkowana jest także innymi czynnikami. Życiorys Edyty, jej wybory życiowe, a także konsekwencja wywarły na mnie ogromne wrażenie. Urodzona jako Żydówka, po okresie całkowitego odrzucenia religii konwertowała na katolicyzm. Ta decyzja spotkała się z dezaprobatą jej matki. Naukowiec żywiący pragnienie zamążpójścia, który zostaje siostrą zakonną. W końcu katoliczka, która umiera w Auschwitz-Birkenau jako Żydówka, nie wypierając się swoich korzeni. Moje poszukiwania naukowe nie zaowocowały (mam nadzieję, że póki co) uzyskaniem stopnia doktora, ale za to czymś znacznie ważniejszym – przyjaźnią na całe życie.
P. S. Po umieszczeniu zeszłotygodniowego wpisu Serce i rozum” przeczytałam wykład Podstawy formacji kobiety”. Oto, co znalazłam: „...w królestwie ducha kluczowe znaczenie ma rozum; stanowi on oko, przez które przenika światło do mroków duszy (...)Kształtowanie rozumu nie powinno się jednak dokonywać kosztem kształtowania uczuć”. Jak widać, Edyta Stein podzielała moje zdanie :)

czwartek, 21 lipca 2016

Serce i rozum

Niedawno przypomniała mi się reklama internetu wykorzystująca te dwa motywy. W zasadzie każdego dnia musimy decydować, czym będziemy się kierować. To jasne, że w każdej kwestii należy iść za głosem serca nie zagłuszając racjonalnych przesłanek. Problem jednak pojawia się wtedy, kiedy rozum każe przesłonić serce. Zwłaszcza, kiedy jest on “wspierany” przez osoby z zewnątrz mówiące na przykład, że “łatwiej będzie Ci pracować w domu”. A dla Twojego serca to jest dużo trudniejsze, w związku z czym stawia opór. Tym bardziej, kiedy fizyczność tego nie uniemożliwia. Akurat ja tego typu rozumowe przesłanki zignorowałam. Oczywiście nie oznacza to, że zamierzam całkowicie iść za głosem serca i zrealizować wszystkie moje irracjonalne marzenia (w dzieciństwie chciałam być łyżwiarką figurową). Ale na pewno trzeba mieć w pamięci słowa Mickiewicza “miej serce i patrzaj w serce”.

czwartek, 14 lipca 2016

Ograniczenia

Po skończeniu studiów doktoranckich byłam przekonana, że niepełnosprawność nie wywrze wpływu na moje poczynania na rynku pracy. Jak bardzo się myliłam! Wpływ był przeogromny. Na chwilę obecną nie jestem w stanie stwierdzić, czy sytuacja ta była spowodowana moim postrzeganiem niepełnosprawności czy postrzeganiem innych. Niemniej bardzo dużo się wtedy nauczyłam. Między innymi tego, że nawet osoby, które bardzo lubisz i które chcą Ci pomóc, mogą zapytać “Jakie masz ograniczenia”, zamiast “czy je masz”. Takie pytanie najpierw zaboli, a później doprowadzi (przynajmniej mnie) do szewskiej pasji (cnotą pokory nigdy nie mogłam się za bardzo pochwalić), bo to przecież zakładanie z góry, że niepełnosprawność nakłada ograniczenia. A jeśli chodzi o pracę, ja ich nie mam. No cóż, zdarza się. Jedyna recepta to ochłonąć, wyjaśnić i postarać się zrozumieć. W końcu osoby z najbliższego otoczenia też mają prawo być częścią nieuświadomionego społeczeństwa:)
  

czwartek, 7 lipca 2016

Kim jestem?

Pytanie natury egzystencjalnej. Ale dzisiaj nie o wymiarze egzystencjalnym, tylko o...języku. Wykształcenie lingwistyczne przypomina o sobie, kiedy automatycznie analizuję wszelkie formy językowe. Tym razem chciałabym się zastanowić nad rozróżnieniem pomiędzy osobą niepełnosprawną a osobą z niepełnosprawnością. W języku polskim (i nie tylko) za poprawne uchodzi określenie “osoba z niepełnosprawnością”. Tłumaczy się to w ten sposób, że niepełnosprawność nie definiuje całej osoby. Owszem, może i nie definiuje całkowicie, ale na pewno ma na nią wpływ. To, czy będzie on pozytywny czy negatywny, zależy tylko od niej samej. Nawet jeśli traktuje się ją jako coś naturalnego i nie zauważa się tego odzziaływania, ono istnieje. Jest jednym z elementów kształtujących tożsamość. Dlatego jestem skłonna opowiedzieć się po stronie modelu brytyjskiego, który, postulując społeczny model niepełnosprawności, opowiada się za użyciem nazwy “osoba niepełnosprawna”. “Osoba z niepełnosprawnością” sugeruje, że niepełnosprawność jest zupełnie nieistotna. A przecież jest, czasem może nawet aż za bardzo... Ok, trafia do mnie argument, że to jest “person first language”, wysuwający aspekt osobowy na pierwsze miejsce. Ale z drugiej strony to zupełnie tak samo, jakby powiedzieć osoba z bezdomnością czy kobieta z kobiecością zamiast osoba bezdomna i kobieca kobieta. A więc jestem kobietą niepełnosprawną. Wow. Brzmi dumnie :)