Nie tak dawno miała
miejsce dyskusja dotycząca edukacji osób niepełnosprawnych. Znów
pojawiły się głosy za i przeciw tworzeniu oddzielnych placówek
oświatowych. Ja miałam szczęście chodzić do szkoły publicznej,
zaczynałam od klasy integracyjnej (gdzie więcej uczniów ma
niepełnosprawność), później „na
placu boju” zostałam tylko ja, w związaku z czym miałam
przydzielonego nauczyciela wspomagającego, którego rola polegała
na sporządzaniu mi notatek, pisaniu sprawdzianów (mam nieczytelne
pismo) oraz przeprowadzania w trakcie przerw (nie poruszałam się
wtedy za pomocą balkonika). Długo myślałam (chyba w zasadzie
nadal myślę), że było to najlepsze rozwiązanie. Miałam przecież
kontakt z rówieśnikami bez niepełnosprawności. Oburzały mnie
opinie, że oddzielna edukacja może gwarantować lepszy start w
„normalny” świat (mniej więcej taką
opinię wyraził kiedyś pewien absolwent szkoły dla osób
niewidomych). Ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że może
coś w tym jest. Będąc uczniem klasy, w której jest ekstra
nauczyciel specjalnie dla Twoich potrzeb i gdzie z oczywistych
względów zostajesz w klasie w trakcie przerwy, możesz czuć się
trochę inny. Nie chodzi tu o niechęć ze strony innych uczniów,
ale o... No właśnie, o co? Nawet trudno to nazwać, ale jestem
prawie pewna, że obecność nauczyciela wspomagającego wytwarzała
dodatkowy dystans w stosunku do mnie. Zarówno na studiach, jak i po
ich ukończeniu dodatkowego nauczyciela już nie było, ale uczucie
dystansu pozostało. Nazwałam to później mentalnością bycia z
boku. Oczywiście, że kluczowe były tu znowu nastawienia z obu
stron, ale może gdyby tego nauczyciela nie było... Ale co wtedy?
Wtedy jedyną alternatywą byłoby nauczanie indywidualne (skądinąd
swego czasu usilnie mi wpierane), które stanowiłoby dla mnie
osobistą katastrofę. Dziś jestem bogatsza o tamte doświadczenia i
wiem, że oddzielna edukacja może mieć swoje plusy. Zaoszczędzi
ona wielu rozczarowań zarówno dziecku, jak również rodzicom.
Najlepszym rozwiązaniem jest edukacja włączająca, ale do jej
wprowadzenia w Polsce jeszcze daleka droga.
Zdaję sobie sprawę, że próbując przedrzeć się przez gąszcz blogów, ten możesz zwyczajnie ominąć. Ale jeśli chcesz poczytać o moich próbach zmierzenia się z zagadnieniem niepełnosprawności i kobiecości oraz odniesienia ich do tradycyjnych wartości, zapraszam do lektury i polubienia mojej strony: https://web.facebook.com/feministkaducha/
Szukaj na tym blogu
czwartek, 15 września 2016
czwartek, 8 września 2016
Let`s talk about sex
Coraz częściej
natrafiam na wywiady, artykuły czy filmy związane z seksualnością
osób niepełnosprawnych fizycznie. Wszystko wydaje mi się sensowne,
z jednym wyjątkiem: seksualność sprowadzana jest głównie do
seksu. Dwa przykłady: w jednym z wywiadów czytam, że kobiety
niepełnosprawne mają szansę na udane relacje damsko-męskie.
Później następuje opis negatywnych postaw społecznych związanych
z tym tematem. Artykuł wciąga mnie coraz bardziej, a tu nagle
czytam, że najważniejsze, żeby kobiety miały pozytywny stosunek
do masturbacji. Konsternacja. Ja mam akurat negatywny, hmm... Ale nie
to mnie uderzyło najbardziej. Czy ktoś pomyślał, że w związku
chodzi bardziej o uczucie niż o seks? Przykład numer dwa: film
“Sztuka latania” z lat 90-tych. Kobieta niepełnosprawna chce
przed śmiercią być z mężczyzną. Ale tylko fizycznie. I choć
nader prawdziwy wydaje się ich dialog, w którym ona pyta, czy nie
chce z nią być dlatego, że jest kaleką, a on po głębszym
namyśle odpowiada, że powodem jest jego kalectwo w postaci
nieumiejętności bycia z nią, to jednak znowu wszystko kręci się
wokół seksu. A czy ktoś pomyślał, że on nie jest uczuciem? A
przecież pragnie się miłości, ale tej z poziomu serca, a nie
łóżka.
Zdjęcie: Wikipedia
czwartek, 1 września 2016
Jałmużna
Siedzę w barze nad jeziorem. Podchodzi jakiś pan i pyta osób, które są ze mną (tutaj następuje pierwsze poirytowanie - mam awersję do sytuacji, gdzie pytanie dotyczące mnie kieruje się do kogoś innego). Ale pytanie było jeszcze bardziej irytujące. Pan chciał mi dać 20 złotych, bo...jeżdżę na wózku. Pomijając fakt, że balkonik nie jest wózkiem (a jeśli już ktoś się decyduje na synonimiczne użycie tych dwóch wyrazów, to nie jeżdżę NA nim, tylko co najwyżej Z), to oferowanie mi pieniędzy (po raz drugi, podobną sytuację miałam w Poznaniu) rozbroiło mnie kompletnie. Ja wiem, wyglądu miss Polski na wózku to ja nie mam, a jedną z praktyk pokutnych jest jałmużna, ale chyba są jakieś granice. No dobrze, już ochłonęłam. W każdym razie takie sytuacje pokazują, że stereotyp niepełnosprawny = biedny jeszcze funkcjonuje. No cóż, znowu trzeba być wyrozumiałym.
źródło: Pixabay
czwartek, 25 sierpnia 2016
Rusz się!
Tytuł sugeruje, że post
będzie motywował do aktywności fizycznej. Nic bardziej mylnego.
Zwłaszcza, że regularność treningów z Chodakowską (tak,
poruszając się o balkoniku można ćwiczyć z Chodakowską) wygląda u mnie ostatnio różnie. Ale do rzeczy. Zauważyłam, że niektóre osoby
mające, nazwijmy to, mniejszy kontakt ze światem, oczekują, że
świat nawiąże kontakt z nimi. A skoro nie nawiązuje, to jest
“be”. Ale skąd świat ma niby wiedzieć, że go potrzebujesz?
Sama w pewnym momencie utknęłam w domu. Owszem, u podłoża leżała
niepełnosprawność, ale do tego doszło moje nastawienie i schemat
“skoro jestem niepełnosprawna, to świat mnie nie chce”. Pisałam
już, że nie lubię schematów. W pewnym momencie
zreflektowałam się, że przecież świat nie wpadnie na to, że Ania chce
wyjść z domu. Co prawda zdarzają się jeszcze ściany, przez które
trudno mi się przebić. Ale wiem, że nie próbując, nigdy ich nie
przeforsuję, a one będą rosnąć niczym mury z piosenki
Kaczmarskiego. Tak więc daj znać światu, że go potrzebujesz
(oczywiście w możliwy sposób - jeśli nie możesz wyjść z domu,
skorzystaj z internetu). A wtedy świat zorientuje się, że
potrzebuje również Ciebie. I pamiętaj: manna z nieba w tym przypadku raczej nie
spadnie. Zwłaszcza, że od nieba oddziela Cię sufit.
czwartek, 18 sierpnia 2016
Ja sama!
Nie wiem, czy stanowię
wyjątek, ale jako dziecko zawsze chciałam wszystko robić bez
niczyjej pomocy. Szczerze powiedziawszy, trochę mi tak zostało do
dzisiaj. Tylko że w niektórych przypadkach, takich jak tramwaje
wysokopodłogowe, nie zawsze mogę wykazać taką postawę. Do
niedawna strasznie mnie to frustrowało. Widocznie chciałam być za
bardzo wyemancypowana w niektórych kwestiach. Jakiś czas temu
dotarło do mnie, że ja przecież nie muszę dawać ze wszystkim
rady. A nawet jeśli mam do zrobienia coś, co nie sprawia mi
trudności, czasem daję ludziom oferującym pomoc szansę wykazania
się. Ma to jeszcze jeden plus: można poznać całkiem fajne osoby
(kilka razy już mi się to zdarzyło). Na dodatek ćwiczy się
pokorę i umiejętność proszenia o pomoc (co na początku jest
najtrudniejsze). A więc emancypacja – tak, ale zdrowa i w
odpowiednich ilościach :)
czwartek, 11 sierpnia 2016
Naleśnik
Jedna z moich
największych miłości. Ostatnio widziałam filmik – instrukcję,
jak pocieszyć smutną osobę. Należy ją w pierwszej kolejności
zawinąć szczelnie w kocyk i w ten sposób nadać jej kształt
naleśnika. Ja tam w słabych chwilach wolę naleśniki jeść,
aniżeli przypominać. A to dlatego, że naleśnik ma najczęściej
nadzienie, w związku z czym jest zwinięty. Jeśli trzymać się
analogii do człowieka, będąc jak naleśnik, szczelnie zakrywa on
swoje wnętrze, aby nic nie wydostało się na zewnątrz. Wtedy może
on albo eksplodować i zalać sobą, albo skurczyć się do
najmniejszych rozmiarów. W obydwóch przypadkach nikt nie zachwyci
się wspaniałym wnętrzem. Dlatego nie upodabniajmy się do
naleśników, po prostu je jedzmy.
czwartek, 4 sierpnia 2016
Nu pogodi
Pamiętacie bajkę „Wilk
i Zając"? Na końcu każdego odcinka Wilk krzyczał: „Zając,
ja ci jeszcze pokażę!” Jak wiemy, nie pokazał do tej pory. I
szczerze wątpię, żeby kiedykolwiek mu się to udało. Dlaczego?
Powód jest prosty: zrobienie czegoś tylko dlatego, żeby komuś coś
udowodnić (co ma nieraz formę małej zemsty, tak jak w bajce) mija
się z celem i najczęściej spala na panewce. Miałam (i mam)
mnóstwo sytuacji, w których słyszę komunikaty w stylu „to
nie dla Ciebie” (w domyśle oczywiście najczęściej chodzi o
niepełnosprawność). I wtedy sobie myślę „Ale
że co przepraszam? Że ja nie dam rady? Uda mi się. Zobaczysz”.
No I co? Przysłowiowy guzik. W dodatku z pętelką. Udowadnianie
jest najgorszą z motywacji do robienia czegokolwiek. Mało kiedy
takie działanie zakończone jest sukcesem, a najczęściej prowadzi
do jeszcze większych frustracji. Jeśli z Twojej aktywności nie
wynika nic dobrego dla Ciebie, ani tym bardziej dla kogoś innego,
zostaw “nu pogodi” Wilkowi – może jednak kiedyś mu się
uda...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




